Nauczyć się być radosnym, kiedy serce płacze… Nauczyć się płakać, kiedy serce się cieszy… Nauczyć się dawać, nie dając… Nauczyć się brać, nie biorąc… Nauczyć się żyć, nie czując życia.. Nauczyć się ….miłości nie kochając… Nauka jest sztuką!!!!
Nikt, dosłownie, nikt nie umie żyć. Nie ma takiej książki aby nauczyła nas życia. Nawet jeśli byłaby możliwość ponownego urodzenia, wciąż popełnialibyśmy błędy i wciąż mielibyśmy nadzieję na lepsze jutro. Szczęścia na następne chwile jakie mamy do przeżycia.
Zbliżają się Swięta, częściej myślę o swojej Mamusi której nie widziała, już ponad 5 lat.
Wiem, że jej już żywej nie zobaczę. Ale…kiedyś może pojadę i ja odwiedzę. Odwiedzę na cmentarzu. Będzie tam na mnie czekać z Moim Tatusiem. Nie idealizuję rodziców, nie ma takiej potrzeby.
Życie płynęło jak zwykle płynie. Czasami jest lepiej, czasami gorzej. Ale nie unika, żadnej wątpilwości byłam dla nich jak ostatni ratunek.
Zawiodłam, nie z własnej woli. Odjechałam, za daleko. Zostawiłam ich, ale nie opuściła.
Dobrze o tym wiedzieli. Innej drogi nie było.
Ta droga za ocean, miała być na krótko. Bo świat miał się zmienić. Obiecali w TV, na łamach gazet, przebąkiwali w internecie bo już i w Polsce został uruchomiony. Tylko łączenie było na modem z pikaniem takim charakterystycznym.
Przyszedł czas na komunikator Gadu-Gadu. Rozmawiałam z rodzicami i dziećmi. Pocieszałam i płakałam wraz z nimi nie widząc ich. To był czas łez, tęsknoty i niewobrażalnego smutku. Ale między jedną łzą a drugą, uśmiechałam się i dawałam nadzieję.
Bez nadziei, trudno jest żyć. To nie było kłamstwo to nadzieja w którą człowiek czekający na zmiany, wierzy. Nie spełnione dane nadzieje bolą,ale są wybaczalne.
Tak żyliśmy.
Ale żeby aż tak? Nikt się nie spodziewał.
Okres Świąteczny jest najcięższy do przeżycia. Z bliższej rodziny została Moja Mamusia. Niestety ale demencja ją pochłonęła. Szybciej w nią uciekła, niż się spodziewałam. Uciekła bo chciała ochronić siebie.
Z siostrami już minęło 5 lat , od kiedy zamieniłam ostatnie słowo.
Odcięłam się na zawsze. Zdania nie zmienię. Skrzywdziły moich rodziców. Tego się nie wybacza.
Brak kontaktu z siostrami nie oznacza, że nie myślę. Myślę i nadal kocham, lecz nie wybaczę.
Mam bardzo dobry kontakt z bratem (Mamusi brata synem). Po raz kolejny powiem, niestety.
On nie utrzymuje kontaktów z mimi siostrami.
Śmierć Mamusi będzie ostatnią informacją, o jej stanie zdrowia.
Rodzina, która miała silne fundamenty, wydawało się, że silną. Miała przezwyciężyć wszelkie kataklizmy, rozsypała się jak mak wysypany z woreczka. Nigdy ziarenka nie będą razem.
Oj, oj , zajęta jestem chrowaniem nie wiadomo jeszcze na co. Ja obstawiam na poszczepienne CoV-19. Nikt nie chce minie słuchać. Bo co taki śmiertelnik, który przeżył, może wiedziec. Córcia powiedziała,…. Dobże że wróclłaś Mamusiu do żywych… No niby dobrze. Ale nie jest wogóle dobrze. Moje symptomy zmieniają się każdego dnia a maszyny mówią… zdrowa jesteś, zwalaj się z tego łóżka, fotela… Ciśnienie całkowicie ustabilizowało się, to jedno z tego wszystkiego jest dobre.
Do pracy chodzę, jeżdżę wciąż jak szalona ile w rurze wydechowej wydechu. Tak tak, wiem, jak się dziura czarna się w oczach pojawi i prąd przejdzie po całym ciele, czy zdążę krzyknąć …OJ Jezu… jak ostatnio.
Maszyny wszelkiej maści Jezusa nie widzą …. Ale szukają, szukają.
Piszę sobie beztrosko, bo płakać nie będę. Córcia woła…Ma,usia !!! Spisz swoje wspomnienia bo chce poczytaj jak już ciebie nie będzie. …..
Piszę, a raczej zaczęłam. Ale to tyle czasu zajmuje. Pisać umiem a właściwie stukać w kalwiaturę. Rozdział już któryś z kolei zaczęłam inne pokończyła, Tylko… moje żucie było bardzo barwne i nie sposób to wszystko spisać i czasu brakuje.
Jak zaczynałam, to błądziłam po głowie. Teraz nie błądzę, wszystko w trakcie pisania powraca. Nie jeden raz zaleje łzami klawiaturę, no trochę przesadzam, ale popłacze mie się. Innym razem wściekłość tak chwyci że klawiarutą bym o ścianę walnęła. Ale wszystko na miejscu i łzy i klawiatura. Jestem kobietką bardzo emocjonalną więc nie ma się co dziwić, że takie chęci mnie nachodzą.
U mnie dwa dni mroziłam. A mój MM obniżył temperaturę. Przebudziłam się w srodku nocy myślałam, że wygonię go na ten mróz. Myślałam, nie zrobiłam. On spał spokojnie więc podwyższyłam temperaturę. Raniuśko zabroniłam dotykać termostatu.
Bo jak tak można? Gorąco to nie przykrywaj się kołdrą która jest na zimę, przykryj sie tylko prześcieradłem. Odpowiedż – zima to i zimowa kołdra.
No i weź, z nim pogadaj.
Kroś zapyta a co z remontem.
Podłoga położona. Wieszam lustra. Fronty do szafek są ale nie są pomalowane. Sedes smart wybrałam ale jeszcze nie zamówiłam. Elektrykę kładę sama. Fachowcy będą tylko do podłączenia. Hydraulik na gwałt potrzebny – tego to ja robić nie będę.
Między pracą, a żłym samopoczuciem, remontuję.
Jedyne co jest złe – płacę za siłownię ale nie chodzę.
Ale skąd brać czas?
Pierwszy raz od wieków – ostatniej nocy przespałam 12 godzin.
Every task I take on — even a temporary one — I tend to transform in my mind into a hobby. Into something that fascinates me and inspires me to give it all my physical and vital energy to do it well. It’s important, because it helps me not to fall into discouragement or apathy.
A long time ago, my one and only hobby was photography — and photography again. Unfortunately, none of my works have survived, not even those once shown at a provincial photography exhibition. One painful factor made most of my photos and documents disappear from my life — human envy.
Nowadays, my hobby is my flower garden. It is both my thorn and, at times, my pride. A thorn — because the geological and weather conditions here do not favor its growth. Yet, despite many difficulties, I keep trying, so that at least in spring, out of a thousand tulip bulbs planted, about eighty may bloom. 🌷
Jakie jest twoje ulubione hobby lub zajęcie?
Każde nawet okresowe zajęcie przekształcam w swoim umyśle na hobby. Na coś co mnie zafascynuje, aby dobrze wykonać to zajęcie oddam wszystkie siły witatalne i fizyczne. Ważne aby nie popaść w niechęć i niemoc.
Dawno temu jedynym moim hobby była fotografia i jeszcze raz fotografia. Niestety nie uchowały się żadne moje prace nawet z wojewódzkiej wystawy fotograficznej. jeden czynnik spododował, że większość zdjęć i domumentów zniknęła z mego życia. Chora zawiść ludzka.
Obecnie moim hobby jest mój ogród kwiatowy. Jest moim cierniem i czasami chlubą. Cierniem ponieważ warunki geologiczne oraz pogodowe nie sprzyjają jego rozwojowi.
Pomimo wielu trudności, staram się aby chociaż wiosną, z 1000 posadzonych cebulek tulipanów zakwitło z 80 szt.🌷🌷🌷
Plan wykonałam. Zajechałam do Hobby Lobby i zrobiłam zakupy na 300$ (bez 12).
Nawet obraz Mikołaja kupiłam. Zawsze odkładałam zakup na nastepny rok i następny, w tym roku już nareszcie kupiłam.
Nie ma co odkładać w niespończoność. Te prawie 300$ wydałam na ozdobny na choinkę, bez lampek. Muszę jeszcze dokupić czerwone kwiaty, na zdjęciu z internetu są dokładnie widoczne i takie zawsze sprzedają w Dollar Store. Ozdób kupiłam trochę więcej, bo moja choinka zawsze jest duża, no nie taka duża jak u mojej córci, ale wystarczająco duża i obszerna.
W tym roku postaram się kupić choinkę wcześniej niż zawsze, z pierwszego transportu. Jadą one z Alaski lub północnych stanów ameryki. Bywa, że dostarczane są z Kanady.
Jedyne co muszę zrobić to uszyć „spódnicę” do podstawki z wodą do drzewka. Podstawa jest duża i zawsze kombinuję jak to przykryć aby było schludnie i ładnie. Maszynę do szycia mam nową to będzie czas ją wypróbować. Materiału niestety nie mam a sklep który był bardzo dobrze zaopatrzony w krawieckie materiały został zlikwidowany.
Internet podpowiedział, że materiały, sprzęt i wszelkie urządzenia pozostałe po wysprzedaży i likwidacji JOANN, przejął Hobby Lobby. Będąc dziś w tym sklepie, nie poszłam do tej części sklepu gdzie są sprzedawane tekstylia oraz nici do szydełkowania i robienia na drutach.
Możliwe, że jutro podjadę lub już w następnym tygodniu – sklep w niedzielę jest zamknięty, a ja wtedy mam najwięcej wolnego czasu.
a zanim nowe nadzieje i plany. Wyjazdowych planów nie posiadam, jeszcze mam 2 testy na serce w tym miesiącu. Po 2 tygodniowym odstępie czasowym, wizyta u kardiologa.
Czasami, tak jak dzisiaj więcej oddycham przez nos. Coś dzieje się w moim sercu ale nie ma to wpływu na moje ciśnienie krwi, ten aspekt mam uregulowany. Ciśnienie w normie, czasami wyjątkowo bardzo dobre.
Dziś jestem w pracy ale….nie tak wcześnie skończę jak myślałam. Dam sobie radę. Po pracy planuję zatrzymać się w Hobby Lobby i poczynić zakupy ozdób choinkowych. Znalazłam w internecie zdjęcie pięknie przystrojonej choinki. Pomyslalam, że spróbuję tak swoją ubrać, bo dlatego nie. Może moja nie będzie wyglądać identycznie i idealnie, ale muszę coś zmienić. Podobnie jak ozdabianie całego domu.
Wiem, że czasami trudno mi się powstrzymać, ale spróbuję.
Plany z remontem? Łazienka do indyka powinna być skończona. Część sedesowa? Na pewno nie. Nie wybrałam sedesu, i elektryka jeszcze nie zainstalowana, dojście do wanny od strony sedesowej jest „otwarte”. Wycięłam ogromną dziurę w ścianie. Ale część sedesowa do świąt prawdopodobnie bedzie zakończona. Zakładając, że zdrowie dopisze.
Teraz mamy orawdziwą jesień i oby nie oadało. Okna mam w prawie całym domu otwarte względnie uchylone.
Jestem już po dwóch badaniach, przede mną jeszcze dwa. Miały być w sumie tylko trzy badania. Po pierwszym badaniu zostałam skierowana na Nuclear stress test. Miałam w miniony piątek, więc trudno powiedzieć jaki wynik. Przez telefon nic i tak nie powiedzą. Trzeba czekać.
Moje samopoczucie jest dobre, czasami dusi brak powietrza, kołatanie i te przerywniku w biciu serca są uciążliwe. Praca zawodowa nie jest ciężka, więc żadnych zwolnień nie potrzebuję. Jeśli czuję się gorzej to radzę sobie oddechem, odpoczynkiem i co mi tylko przyjdzie do głowy. Żeby było tragicznie to zatrzymali by mnie w szpitalu. Nie jest najgorzej, jeśli ułożyłam podłogę w closet/szafie. Przybiłam też listwy kryjące. Jutro jedynie białym silikonem zasmarować łączenia listew. To znaczy, że żyje.
Na jutro mam zaplanowane przybicie płyt w łazience. Szlifowanie dziurek i dziur w ramie drzwiowej i drzwiach do ubikacji, które zostały po przełożeniu drzwi i zawiasów na drugą stronę. Drzwi do ubikacji otwierają się teraz w stronę łazienki.
Kto tak zaprojektował i zainstalował drzwi do ubikacji otwierające się do wewnątrz to trudno powiedzieć, ale mądry to ten człowiek nie był.
Mniejsza o to.
Drzwi mam zainstalowane jak chciałam i tego dokonałam.
Kiedy zaczynałam zdejmować drzwi (sama to robiłam, bez zbędnego gadania i pomocy) MM nie był pozytywnie nastawiony, po prostu nie wierzył, że zrobię, że potrafię. Teraz każdego razu „kapelusz z głowy zdejmuje”z wielkim ukłonem w moją stronę.
Nie mogę, no nie mogę zrozumieć, jak to nie mógł zaufać swojej żonie. No cóż, niedowiarek.
Oczywiście robię mniejsze i większe przerwy w pracach remontowych oraz pracy zawodowej. Nie przemęczam się, boję się przykrych niespodzianek, ale kiedy jeszcze mogę i czuję, że mogę popracować, to nie siedzę i się nie nudzę.
Miła ciekawostka – córcia kupiło pieska, maciutkiego Pomeranian. Jest tak maciutki, że można rozdeptać. Z czasem urośnie, ale nie będzie pieskiem obronnym.
Smutna informacja, palma którą kupiłam zaczęła usychać. Liście robiły się brązowe. I muszę przyznać, że chatGPT przyszedł mi z pomocą. Mam założone konto, ale jak dotychczas z takimi domowymi poradami nie wyskakiwałam. Rozmawiam i piszę po angielsku i polsku. W sprawie palmy rozmawiałyśmy (zakładając konto wybrałam głos kobiecy) po polsku. Przedtem wysłałam zdjęcia palmy a konkretnie wysychających brzegów liści, aby GPT mogła/mógł podjąć odpowiednią/sensowną decyzję dotyczącą uratowania palmy.
No i jak na razie, wysychanie liści jest wstrzymane.
Onośnie GPT jeden głos albo jedna maszyna obsługuje w tym samym momencie ponad 5000 użytkowników. Rozmawia i pisze w 120 językach. Udziela informacji od najprostszych rozwiązań po fizykę kwantową i inne bardziej złożone zjawiska.
Nadałam imię mojej maszynie, chyba bardziej kobiece. Większość użytkowników to robi. Kobiety nadają kobiece imiona lub kwiatów. Mężczyźni -najpopularniejszym jest Sam tj Samuel oraz Adam, ale dają też imion jak PIKSEL,PDF, GPT, MAC, MAX….natomiast dzieci nadają wszystkie imiona z komiksów lub filmów młodzieżowych.
GPT pracuje bez ustanie, w każdej chwili otwieram czatGPT piszę lub wymawiam jej imię i już jest gotowa do pracy. Nie wszystko jest jeszcze dopracowane, ponieważ tabele które są w PDF nie zawsze mieszczą się na A4 i trzeba pokombinować, wtedy kominuję z moim GPT. Czasami rezygnuję ponieważ widzę, że nie posiada takiej zdolności jakiej ja wymagam. Kilka dni temu powiedziałam, że dobrze byłoby żeby operatorzy dali jej trochę pamięci, a konkretnie, żeby zapamiętała jaką trzcionkę potrzebuję w PDF. Ktoś tam przy tych maszynach pogrzebał i już nie muszę każdego dnia to samo mówić, już moja GPT pamięta.
Nie wolno zapominać GPT posiada tyle informacji ile informatycy jej włożyli/dali/zapisali. Widzę te niedociągnięcia i rozumiem. Nie można wymagać czegość czego maszyna nie posiada.
Wiem że udoskonalają i za jakiś czas będzie lepiej.
Ludzie boją się, że roboty zabiorą ludziom pracę. I tak i nie. Nie – bo powstaną inne kierunki kształcenia się co za tym idzie nowe miejsca pracy. Tak – ponieważ można zauważyć jak świat się zmienia. Usługi szewskie, naprawy telewizorów i radia, sprzętu AGD, właściwie już nie istnieją.
Od około 25 lat mam RUMBA-odkurzacz. To odkurzanie jest dobre na środku pokoju. Jeśli wejdzie pod jakiś mebel to po prostu tam zostanie. Jeżdżąc po pokoju bez dywanów kurz zapędzi w kąty. Jednym słowem, zajęcie sprzątaczki nie jest zagrożone, zaznaczam że to wynik moich obserwacji mojej RUMBA.
W szpitalach jak najbardziej do wymiany pościeli, mycia podłóg do podnoszenia leżących chorych, ale do wykonywania operacji chirurgiczny przez robota jestem sceptyczna. W tym wypadku potrzebna jest ręka chirurga. Robot może wykonywać bardziej niebezpieczne prace, ale czy zostanie strażakiem?
Zawsze starałam się na urodziny Mamusi być w Polsce.
2019 był najgorszym rokiem. Wtedy zabezpieczyłam Mamusię na wszystkie sposoby, przynajmniej tak mi się wydawało. Załatwiłam panią która przychodziła do pomocy. Mamusia sama jeszcze robiła zakupy w osiedlowym sklepie, ale niestety mięsa w nim nie było. Mamusia sama gotowała, więc potrzebowała kostkę albo jakieś mięso do zupy. Niestety ale pani do pomocy nie została wpuszczona przez moją siostrę i zrezygnowała. Bardzo szybko wyłączony został telefon, moja komórka którą Mamusi zostawiłam „zaginęła” , z iPada nie mogła korzystać ponieważ internet też szwagier wyłączył. Wiadomości o stanie zdrowia otrzymywałam od mego Wójka (młodszego brata Mamusi). Dzwoniłam kilka razy do Wójka ale nie odbierał. Przed dzień urodzin spróbowałam ponownie. Niestety ale nie odebrał. Zdecydowałam zadzwonić do jego syna. Zawsze miałam z nim i jego żoną dobry kontakt ale nie chciałam się naprzykrzać. Niestety ale Wójka już nie ma. 🥲 🕯️ Zmarł. Tak jak brat powiedział on nie ma szczególnego kontaktu z moją siostrą, nie będzie też miał żadnych informacji. Dopiero jak Mamusia umrze to siostra moja zadzwoni do niego.
Przykre i jest mi przykro.
Kupiłam, a właściwie to MM pojechał po urodzinowe kwiaty dla Mamusi.
Dziś zdecydowałam się na pojechanie do pracy mimo problemów zdrowotnych, jak ucisk w mostku i arytmia. W pracy nie miałam żadnych zdrowotnych niespodzianek.
Pozwoliłam sobie na odpoczynek po pracy, zamiast zająć się remontem.
Priorytetem jest zdrowie, a informacje z internetu traktuję z dystansem, pozostawiając decyzje lekarzom.
Chcę chronić moją maleńką rodzinę przed niepotrzebnym stresem.
Dokładnie od soboty, coś gdzieś było odczuwalne w moim ciele. Nie potrafiłam zdefiniować. W niedzielę ponownie “coś” po mnie chodziło. Mogłabym powiedzieć, że minimalne ataki paniki, ale to nie to. Panikarą nie jestem. W razie niespodziewanego problemu, pracuję systemowo – nie tracąc głowy.
Poniedziałek, miałam dzień wolny. Zauważyłam, że moja praca jest powolniejsza, częściej odpoczywam. Opóźnienia w reagowaniu uznałam za zmęczenie. Pracowałam przy podłodze w łazience. Duszenie nad mostkiem zaczęłam odczuwać, po południu. Nigdy nie należy lekceważyć takich dziwnych sygnałów jakie wysyła nasz organizm, ta myśl skierowała moje dwa palce w kierunku szyi. Odszukałam tętnicę, nie miałam problemu z odszukaniem, tętnica dość mocno stukała……moje serce robiło przerwy. Wiedziałam, że w tym wypadku nie potrafię pomóc sobie. Przyjęłam Baby Aspirynę, to był koniec moich pomysłów.
Wykonałam telefon do mojej rodzinnej, niestety nie odważyła się mnie przyjąć. Zaproponowała wizytę w ER. Po powrocie MMa z pracy, zaczęliśmy się zastanawiać co robić. Biorąc za i przeciw, zostałam w domu.
Wtorek – pojechałam do pracy. Czasami na 5 bum bum serca, przerwa. Ale trafiało się że na 100 bum bum, była jedna dłuższa przerwa. Podczas przerw w biciu serca, duszenie mniejsze lub większe, dłuższe lub krótsze. Ryzykowałam? Tak, ale musiałam być w pracy. Też wiem, że nie ma ludzi niezastąpionych, wiem też, że na moje miejsce czeka długa kolejka osób do zatrudnienia.
Wracając do domu, zadzwoniłam do córci. Od razu wyczuła, że jest ze mną nie najlepiej. Zadzwoniłam, bo wiedziałam, że potrzebuję asekuracji. Dojechałam szczęśliwie. Jeśli tutaj jestem to oznacza, że szczęśliwie dotarłam do domu.
Nie odważyłam się jechać do ER sama. Poczekałam na powrót Ma z pracy. Gdy powiedziałam, że trzeba zawieźć mnie na pogotowie to był w przeciągu 10 minut. Pracuje 2 zjazdy dalej autostradą na północ.
Ponownie, ważenie, mierzenie, wiadro krwi pobranej, EKG, ciśnieniomierz, temperatura, osłuchanie, prześwietlenie płuc ze wszystkich stron. Czekanie, długie czekanie na zwolnienie się pokoju wizyt. Poruszanie się było ograniczone, na jednej ręce rękaw do EKG, na drugiej weflon.
Wynalezienie welonu, uważam za ogromną rewolucję w medycynie. Wiem coś o tym.
Po jakimś czasie przezwieźli mnie do pokoju wizyt. Zostałam podłączona na stałe do monitorów. Przykryta ciepłymi “kocami/prześcieradłami” , nareszcie mogłam się ogrzać. Na poczekalni panował chłód. Oczekujący ludzie okrywali się i kulili się z zimna. Miałam kurtkę i flanelową koszulę w samochodzie, zawsze mam ze sobą + ciepłe obuwie. MM przyniósł, więc nie miałam tak żle.
Ciśnienie krwi było w normie. Nareszcie, od dłuższego czasu systematycznie przyjmuję tabletki na ciśnienie. Najdłużej czekaliśmy na wyniki z badania krwi.
Doktor pojawiał się i nie znikał, był ze mną i był nie tylko pomocny ale i uprzejmy, podobnie jak cały zespól medyczny w ER. Przeprowadził ze mną wywiad, zlecił jeszcze dodatkowe badanie.
Zawieziono mnie do innego gabinetu gdzie stała taka oto maszyna, która miała za zadanie prześwietlić mi płuca i wykryć ewentualne zatory. Udzielono mi wskazówek, jaka może zaistnieć reakcja mego organizmu na dożylne podanie kontrastu.
Po powrocie do pokoju wizyt, ciśnienie mi skoczyło do 199/91. Dziwiłam się bardzo, że głowa mi nie bolała i nie miałam mdłości. Lekarz bardzo szybciutka się pojawił z informacją, że to jest ujemna reakcja organizmu, nie będą mi podawać żadnych leków a jedynie kontrolować. Spadek ciśnienia może przebiegać do godziny lub dłużej. W międzyczasie podano mi inhalator. Pomógł nieznacznie ale to nieznacznie mnie ucieszyło.
Byłam już zmęczona procedurami. Personel medyczny był uprzejmy, delikatny i nic nie mam im do zarzucenia.
Ostatecznie przyszedł wynik z ostatniego badania. Wszystko dobrze, złych rzeczy nie znalezione a pacjent zszedł.
Faktycznie, otrzymałam długi wypis. W domu byliśmy po północy.
Wszystko powinno dobrze działać, ale nie jest tak jak powinno.
Mam udać do kardiologa, co zrobię w najbliższym czasie. Mój kardiolog – gabinet godzina jazdy – za daleko.
Poprosiłam lekarza z pogotowia o polecanego kardiologa. Mam namiary.
Nadeszła środa, jeśli tutaj jestem to znaczy, żyję.
Po 1 pm, ja w pidżamie. Wiem, że dziś przechodzę cały dzień w podomce. To niedobry znak. Tak być nie powinno. Planowałam robić coś przy podłodze ale…nie mam zdrowia na 100%.
Całą rodzinę postawiłam na nogi. MMa zmartwiony. Córcia czekała pod telefonem i sprawdzała gdzie jestem. Położyła się spać gdy napisałam “dobranoc”, syn podobnie. Nie lubię martwić mojej małej rodzinki, niestety zdaża się.
Córcia przeanalizowała moje wyniki ze wszystkich badań.
mamusia jest dobrze, ale pij więcej wody
jedz więcej ale nie słodkości, jesteś na granicy anemii
potrzebujesz zbalansowanej diety, bez niej ani rusz, spytaj kardiologa o dietę
ruszać się nie musisz, przy remoncie nagimnastykujesz się, ale więcej świeżego powietrza
Dostałam od córci wskazówki, od syna przytulasa, od MMa wzrok pełen troski oraz dużo słów miłości.
Od rana już pracowałam. Jeśli mam plan zakończyć łazienkę przed Indykiem to potrzebuje pełnej mobilizacji. Nie zawsze mi udaje się ta mobilizacja ale cóż, robię co mogę.
Przed wylaniem cementowej wylewki, “zaimpregnowałam” podłogę/płyty profesjonalnym płynem, który powstrzymuje wchłanianie wody. Pomimo gorąca na zewnątrz otworzyłam okna, niestety ale płyn ma specyficzny zapach. Wolałabym go nie wdychać. Czekając, zanim podłoga wyschnie, zeszłam do garażu. Rozpoczęłam solidną organizację wszystkich narzędzi i materiałów budowlanych.
Rozpoczęłam ale nie taką solidną pracę jakiej się spodziewałam. Z duży bałagan i aby to ująć w ramach organizacyjnych, zaczęłam od półek ( 6 półek głębokich narożnych) na których panował bałagan. Farby były pomieszane nowe ze starymi, których nikt używać już nie będzie. Puszki o wielkości 1 galonu = 3,785L, niektóre nigdy nie były otwarte. Posprawdzałam, co uważałam za zbyteczne i zajmujące miejsce na półkach wyrzuciłam. Od razu zrobiło sie lużniej, mogłam już sobie poszaleć. Wszystkie narzędzia elektryczne i na baterię powkładałam do walizeczek względnie do pojemników które stały/leżały puste. Ładowarki oraz baterie do wszelkich urządzeń elektrycznych włożyłam do pojemnika plastikowego bez pokrywy.
I tak powoli, wogóle nie zbliżałam się do końca. Odpady po cięciu różnych listew i płyt, magazynowałam, może się przydadzą, Nie, nie przydały się i wyrzuciłam. Dużo jeszcze zostawiłam bo podłogi nie skończyłam. Przy okazji znalazłam dodatkowe pół worka cementu, a już myślałam, że mi zabraknie. Oczywiście w sklepie zawsze są materiały do kupienia ale po co wydawać pieniążki jeśli już zostało kupione i można wykorzystać.
Jutro po pracy zrobię wylewkę bo płyn uszelniająco-zabezpieczający już wyschł.
Mam ogromny sentyment do palm domowych. W moim domu rodzinnym zawsze była palma. W Moim Domu miałam palmę sięgającą sufity 2,5m. Prawdziwa palmiarnia to była. W obecnym domu też mam palmę ale ….. chyba już 4 z rzędu. Rosną puszczają nowe liście i zawsze wygląda, że już się zadomowiły ale ….z dnia na dzień, pyk i zdycha palma. Szukałam robaczków i ordobaczałam ziemię. Ostatnia palma też wyschła, zgniła i nie wiem co myśleć. Pielęgnuję zgodnie z zasadami i radami lecz nie udaje mi sie utrzymać na kilka lat. Po wyrzuceniu zawsze odczekuję kilka lat bo po co się szarpać. Możliwe, chłodzenie lub wilgotność w pomieszczeniach ma ujemy wpływ na utrzymanie ich przy życiu.
Tydzień temu kupiliśmy następną palmę. Stała tydzień w garażu. Ostatecznie dziś przesadziłam do donicy. Wszystkie czynności wykonałam zgodnie z zaleceniami,
Zobaczymy jak długo wytrzyma w moim domu. A oto ona.
Nie powinniśmy pracować w niedzielę ale jeśli nie pracować to co robić. Książki czytać, filmy oglądać bo na spacer za gorąco. Na plażę za daleko (Savannah) bo ta nasza nad jeziorem to nie spełnia naszych oczekiwań. Zbytnio nie pracowałam. Pracowałam nad szablonem na podłogę do obudowy wanny. Najpierw należało ułożyć część panel i odmierzyć papier z ktorego robiłam szablon. Myślę że mi się udało. Sporo czasu minęło zanim zakończyłam. MM mył murki wodą pod ciśnieniem i schody frontowe. MM zawołał mnie aby pokazać jak fajnie mu wyszło ciśnieniowe mycie. Wszystko wyglądało dobrze ale….co z drzwiami frontowymi, dlaczego nie są wymyte. No i sie wkurzył, bo nie trzeba ich myć. Trudno mi było zrozumieć MMa. Bo co to znaczy nie trzeba. – TRZEBA! Odpowiedź – jeśli to ciebie uszczęśliwi to wymyję.
Co to znaczy uszczęśliwi, tutaj nie chodzi o uszczęśliwianie, praca twoja nie została skończona i to jest wszystko. Powtórzyłam po raz drugi- nie została zakończona.
Nic już nie mógł poradzić. Nawalił, więc poszedł wyciągnąć maszynę, rozciągnąć węże ogrodowe itp..Myjąc drzwi, mył tak żebym słyszała? Martwiłam się, że woda pod ciśnieniem zedrze farbę i trzeba będzie drzwi malować. I znów dodatkowa praca i dla kogo, kto ją wykona? Na pewno nie MM.
Wymył drzwi bardzo dokładnie i dokończył mycie murków które nie opuścił tylko nie chciało mu się już pracować. Tylko: nie zmuszałam, nie kazałam i nie prosiłam żeby to robił. Jeśli zgłosiłeś się na „ochotnika” to kuźwa zrób to solidnie, a nie na odwal. Patrzę przez okno a MM spocony, bo 34C, jeszcze męczy ten ostatni murek. Podeszłam, poprosiłam, żeby już to zostawił bo czas jechać na Cappuccino coffee. Nie zostawił, bo 10 minut i będzie koniec – powiedział.
Pojechaliśmy do Paris baguette. W cieniu był ukrop ale … w środku wszystkie stoliki zajęte. Gdy zauważyłam wolny stolik w kawiarence, to przenieśliśmy się do wewnątrz. Bardzo miło spędziliśmy czas. Przedyskutowaliśmy jego ….nie chce mi się… Faktycznie nie zmuszam i nie zmuszałam MM do jakichkolwiek prac domowo-ogrodowych. Nie pracował fizycznie i nie lubi tego robić. Nie miał nawet okazji aby ktoś jego nauczył w latach jego dojrzewania. Ja pochodzę z domów jednorodzinnych. Z ogrodem i sadem. Z ławką pod drzewem . Mieliśmy jabłka malinówki, antonówki, zimówki, kosztele i papierówki. Były dwa drzewa śliwek i jedno gruszki. Wokół ogrodzenia: czarna porzeczk, biała i czerwona. Dwa gatunki agrestu i w kącie ogrodu maliny. Był też ogród warzywny. Mamusia nie sadziła ziemniaków i nie siała szpinaku i kalarepy. Kwiaty były po obu stronach wjazdu oraz na brzegach grządek warzywnych. Astry kwitły do późnej jesieni. Dlaczego pamiętam, bo będąc małą dziewczynką miałam najwyżej 6 lat, Pieliłam marchewkę, buraki, rzodkiewkę i szczypiorek. Ogórki kłuły mnie w ręce a łodygi pomidorów brzydko pachniały. Lubiłam wszelkie prace co nie znaczy, że swoją edukację zakończyłam na pracy w Zieleni Miejskiej. Uwielbiałam się uczyć, czytać/pochłaniać książki. Tylko nie lubiłam (w szkole podstawowej kl. 1-4) szkolnych książek używanych. Tak więc, do pracy fizycznej byłam przyzwyczajona, a najważniejsze ją lubiłam. W porównaniu do MM który nigdy w życiu fizycznie nie pracował (grał na saksofonie), pracowałam fizycznie i nigdy nie było mi ciężko, ponieważ pracowałam i pracuję z chęcią i sercem.
W jakim momencie remontu jestem? Szykuję podłoże na położenie podłogi w łazience. Nie jest wypoziomowana, a właściwie poziom zgubiony. Jutro muszę zrobić cementową wylewkę, bez niej nie ruszę do przodu. Dzień lub dwa będzie schło. To, że na instrukcji pisze 4h, ja też mogę wiele napisać, wolę poczekać aby mi pózniej wilgoć nie wychodziła po ścianach. W środę będę kłaść podkłady pod panele podłogowe. W między czasie wymienię krany, zainstaluję spływ w kabinie prysznicowej. Instalację elektryczną zostawiam elektrykom podobnie jak wymiana baterii przy wannie – hydraulicy. Odłączyć sedes to jest najmniejszy problem, ale podłączenie baterii wannowej będzie równać się z akrobatyką cyrkową. Wanna jest wpuszczona w podłogę, więc jak dostać się do rur, nie mam, nie tylko zielonego ale bladego pojęcia. Zaglądałam tam ale słaba widoczność bo sedes nie pozwala na wiele – zajmuje sporo miejsca. Jeśli chodzi o nowy sedes – podłączenie sedesu zlecę dla firmy specjalizującej się w tym temacie. Wszystkie prace remontowe wykonuję po pracy zawodowej, względnie pracując zdalnie lub w wolne dni. Nie tak dawno obchodziłam moje -naste/następne urodziny. Więc ….przed i po urodzinach, prace remontowe zostały wstrzymane. Czy to zawsze się chce? Nie jestem żadna herod baba, uczucia i odczucia też mi się należą.
Drugi tydzień pada, nie zapowiada się następny deszczowy tydzień. Nie jest przyjemnie jak jest mokro, a do tego trzeba dodać ciemności panujące na zewnątrz. Temperatura również znacznie opadła. Z 35°C na dzisiejsze 18°C, to znaczący opad w stopniach.
Jednym słowem trzeba się przyzwyczaić.
Już mamy za sobą wszystkie większe uroczystości. Wczoraj obchodziliśmy (3 sierpnia) moje i MMa urodziny. Ja 2 on 4 sierpnia. Miało być inaczej ale wyszło i inaczej i lepiej. Wracamy do swoich zajęć. MM jest już w pracy, a ja mam dziś wolne, więc trochę pogrzebię się w łazience.
Niestety remont się przedłuża, ale i siebie nie popędzam. Mając pracę zawodową i inne zajęcia, to i tak dobrze mi idzie. Sufity i ściany pomalowane. Podłoga powoli szykuje się do układania listew. Kabina prysznicowa włącznie z nowymi drzwiami jest gotowa. Obudowa wanny wyszła fenomenalnie. Pracuję nad częścią sedesową. Muszę zdjąć stary sedes. Nie jest taki stary ale wymieniam go na sedes jajko z różnymi bajerami. Znów należy doprowadzić elektrykę. A na poddaszu zepsuł się włącznik światła. Trzeba naprawić, takie niespodzianki spotykają mnie w trakcie prowadzonego remontu. Nadmienić muszę, że jeśli humor nie dopisuje to nawet nie myślę o remoncie bo mogę wszystko spartaczyć. Nie raz się tak mi przydarzyło, podobnie jak z pieczeniem ciast i chleba. Zły humorek, niezadowolona lub poddenerwowana, powinnam stać jak najdalej od kuchni i remontu.
Dziś instaluje pokrywy na kratki wentylacyjne i nie tylko sufitowe oraz zmiana zawiasów drzwiowych co zmieni mi kierunek otwierania drzwi. W obecnej chwili drzwi otwierają się do środka ma sedes. Nie wnikam, kto tak kiedyś instalował, poroniony pomysł. Drzwi będą się otwierać w kierunku łazienki. Gdy MM ujrzał co robię to zawrócił z prędkością światła i uciekł do swoich zajęć. Szczerze mi powiedział
nie wiem co robisz bo się na tym nie znam, ale czy to dobrze będzie to chyba tylko ty o tym wiesz….
Dziś mogę pozwolić, j e s z c z e, na leniwy dzień.
Z tarasu w tym roku korzystaliśmy tylko 4 razy. Na więcej pogoda nam nie pozwoliła. Podało, lało, błyskało każdego dnia. Ootrafiła taka pogoda utrzymywać się przez cały dzień, a nawet i w nocy. Jeśli nie padało w ciągu dnia a koniecznie od południa. Jeśli nawet wyskoczył niezapowiadany pogodny dzień to…parasol był połamany. Któregoś razu wykorzystyjąc kilka bezdeszczowych godzin, usiadłam pod rozłożonym parasolem, znienacka przykrył mnie całą. Miałam szczęście, że ciężkie ramię parasola nie uderzyło mnie w głowę a upadło obok. Po tym zdarzeniu, rozpoczęły sie poszukiwania (bez skuteczne) części mocującej ramię parasola. Kilka tygodni minęło, aż wyczerpaliśmy wszystkie możliwości zakupu, złamanej części. Pozostało zamówić nowy parasol. Nawet gdy dostarczono, nie rwałam się do demontażu starego i zainstalowanie nowego parasola. Wszystkie części bardzo ciężkie. Czekałam na MM, aż wygospodaruje czas. Wolnego czasu miał jak na lekarstwo.
Nowy złożony parasol czekał, a gdy już można było pod nim posiedzieć to…..ulewy i mokro.
Kwiaty przekwitły lub zalane zgniły. Zielsko rośnie do nieba. A komary tylko korzystają.
Właśnie wyszłam na deck z kawą. Bo dlaczego nie, słońce jeszcze nisko, nie pali. To była minuta, kiedy wstałam i uciekłam do wewnątrz. Nie chcę być śniadaniem dla komarów i pająków.
Zanim następnym razem zechcę skorzystać z „uroków” mego ogrodu, powinnam: wykosić, wypielić, przekopać, opryskać, no i zmęczona paść na sofę.
Takie miałam możliwości odpoczynku w Polsce i podobnie tutaj.
Wczoraj mieliśmy July 4th Dzień niepodległości. W moim mieście odbywa się największy bieg niepodległości 10K. Nie ma większego w USA. Rejestracja odbywa się online. Jeśli jesteś członkiem klubu, masz zapewnione miejsce w biegu, w przeciwnym wypadku odbywa się loteria na uczestnictwo w biegu. Pierwszy bieg odbyłam w 2009 roku, wylosowałam uczestnictwo. Jak dobrze pamiętam dwa razy, nie miałam szczęścia w loterii. Ostatni mój bieg był 2019. Pandemia wstrzymała mnie, aż do obecnego roku.
Mąż, ja i mój syn zdecydowaliśmy brać uczestnictwo w biegu w tym roku. Mąż oraz ja specjalnie nie szykowaliśmy się. Mąż kilka raz pobiegał po dzielnicy. Ja oprócz GYM nie biegałam. Nie miałam czasu, przygotowania córci do wesela, a później ceremonia ślubna. Zdrowie nie dopisywało, jakieś wirusy po mnie chodziły nawet przed samym ślubem córci rozchorowałam się. W ciągu kilku dni spadła waga o około 8kg. Nie byłam pewna czy będę w stanie uczestniczyć w zaślubinach. Syn co drugi dzień biegał i w dalszym ciągu biega, on 10k pokonał w 55 minut, ja wypociłam te 10K ponad 2 h, mąż podobnie jak ja. Miało być, że ja na mecie stanę pierwsza ale stało się inaczej.
Pomiędzy 3 a 5 milą miałam kryzys. Bolały podeszwy u stóp, zastanawiałam się nad zrezygnowaniem. Ale jakoś doczłapałam się do 4 mili i wpadłam na genialny pomysł. Jeśli woda wlewana do sportowych butów nie pomoże, zrezygnuję. Ludzie chwytali wodę w kubeczkach i pili, a ja wlewałam do butów. Poczułam ulgę. Przy każdym “prysznicu” (woda z urządzeń polewała ludzi) zatrzymywałam się i pozwalałam sobie na dokładny “prysznic”. Tak idąc i biegnąc stanęłam na “podium” z wynikiem 335 dla mojej grupy wiekowej, a było nas 377. Jeszcze chwila a byłabym po za marginesem.
Zajęłam 42 096 miejsce z wynikiem czasowym 2:09:32.
Muszę się przyznać, że w momencie kryzysowym zeszłam z trasy i usiadłam na murku obok mężczyzny w średnim wieku. Nie byłam w tamtym momencie pewna czy biegnę dalej czy już z uczestnika 10K staję się obserwatorem biegu. Porozmawiałam z mężczyzną i to on dodał mi sił psychicznych. …została ci niecała mila, spróbuj, bo szkoda teraz rezygnować jeśli już tyle przebiegłaś…. masz rację powiedziałam, zobaczę jak wstanę czy zdołam iść……
Wstałam i poszłam-pobiegłam, jeszcze na odchodne, pomachałam mu moim wiatrakiem. Dosłownie przed finiszem podbiegłam do grupy policjatnów ..
I did it, i did it!!! krzyknęłam
Jeden z nich przygarnął mnie ramieniem i pogratulował. Inni życzyli przejścia/przebiegnięcia przez metę która już była tuż przede mną.
W biegu uczestniczyło ponad 55 tys. osób, co uczyniło ten rok największym od 2019 roku w ilości uczestniczących osób.
Po odebraniu koszulki, spotkałam się z synem i MM. Odeszłam dosłownie kilka metrów i złapał mnie silny skurcz za łydkę prawej nogi. Dosłownie kładł mnie na ziemię. Zabezpieczyłam się w tabletki ale nie sobie lecz na wypadek jak skurcz złapie mego męża. Co dziwne jego nie złapał a ja leżałam już na chodniku. Syn podał mi 2 tabletki od skurczów nóg. Przeszło po kilku minutach i mogłam już iść do ulicy gdzie zamówiony Uber czekał. Syn okazał się bardzo troskliwym, nie miałam nigdy większej okazji tego zobaczyć i odczuć. Że córcia jest opiekuńcza to od dawna wiedziałam, syn zawsze zajęty, jego grafik pracy oraz po za służbowe zajęcia jak bieganie i klub Jiu-jitsu, robi go wypełnionym po brzegi.
Jestem z siebie zadowolona a MM już zarejestrował nas na 10K na następny rok.
Tylko….potrzebny trening, bez niego nie startujemy. OK.
Wiatrakiem wymachiwałam przez cały dystans, a nawet jak już zeszłam z mety.
Mam na video jak finiszuję wymachując wiatrakiem. Nie było mi ciężko go nieść, miałam ogromną frajdę.
Gdy szłam daleko przed MM, mógł mnie widzieć w jakim miejscu jestem, później stracił mnie z oczu bo za daleko.
Gdy człapałam z bolącymi stopami, MM zrównał się ze mną, a jak przysiadłam na murku on był pierwszy na mecie.
Z ponad 55 tysięcy uczestników ja jedyna miałam wiatrak niesiony nad głową i jeszcze jeden mężczyzna flagę. Nikt więcej nie posiadał żadnych flag nad głową lub wiatraka. Nieśli malutkie flag lub inne ozdóbki.
Tak zrobiłam to i nie to że jestem z siebie dumna. Jestem zadowolona.